Prowadzę małą, osiedlową księgarnię. To miejsce, które odziedziczyłem po rodzicach, a które z biegiem lat stało się nie tylko moim źródłem utrzymania, ale też azylem dla wielu stałych bywalców. Przychodzą tu starsi panowie, którzy szukają kryminałów, młode matki z dziećmi, które szukają kolorowanek, i studenci, którzy przychodzą po podręczniki. Każdego dnia witam tych samych ludzi, rozmawiam o książkach, polecam tytuły, słucham ich historii. To praca, którą kocham, ale która potrafi też porządnie wyczerpać. Po dwudziestu latach spędzonych za ladą czuję, że moje życie to jedna wielka pętla – wstaję, idę do księgarni, wracam, jem kolację, idę spać. I tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku. Moja żona, która pracuje jako pielęgniarka, ma podobne odczucia, ale jakoś potrafi znaleźć czas na swoje pasje. Ja natomiast zawsze byłem tym, który nie umie się oderwać od obowiązków. Nawet w wolne dni myślałem o księgarni – o zamówieniach, o układaniu książek na półkach, o rachunkach, które trzeba zapłacić.
Pewnego wieczoru, po szczególnie męczącym dniu, kiedy to padało i klientów było więcej niż zwykle, wróciłem do domu z bólem głowy i poczuciem, że zaraz eksploduję. Usiadłem w fotelu, zamknąłem oczy i próbowałem odetchnąć, ale myśli wciąż krążyły wokół jutrzejszego dnia. Wtedy, żeby odwrócić uwagę, sięgnąłem po telefon i zacząłem przeglądać internet. Przewijałem strony bez większego celu, aż natknąłem się na coś, co na chwilę przykuło moją uwagę – reklamę z kolorową animacją i krótkim opisem, który mówił o przyjemności i relaksie. Zaintrygowany, kliknąłem w link i trafiłem na stronę, która wyglądała bardzo profesjonalnie. Była przejrzysta, estetyczna, z mnóstwem gier, które kusiły, żeby spróbować. Pomyślałem, że skoro i tak mam już ten telefon w ręku, to mogę sprawdzić, o co w tym chodzi. Zarejestrowałem się szybko, wpłaciłem symboliczna kwotę, którą uznałem za równowartość jednej książki, i rozpocząłem swoją pierwszą rozgrywkę. W tamtym momencie nie wiedziałem jeszcze, że ta przypadkowa decyzja stanie się początkiem czegoś, co odmieni moje wieczory i nauczy mnie cieszyć się chwilą.
Grałem wtedy w coś, co przypominało stare, dobre automaty z salonów gier, które pamiętałem z młodości. Dźwięki, kolory, to oczekiwanie na wynik – wszystko to działało na mnie jak balsam na zmęczony umysł. Po kilkunastu minutach poczułem, że napięcie, które nosiłem w sobie przez cały dzień, zaczyna ustępować. Przestałem myśleć o księgarni, o zamówieniach, o rachunkach – liczyło się tylko to, co działo się na ekranie. Ta chwila zapomnienia była dla mnie tak cenna, że postanowiłem wrócić do tego rytuału kolejnego wieczoru. I tak, powoli, gra stała się dla mnie czymś więcej niż tylko rozrywką – stała się sposobem na odcięcie się od codzienności, chwilą, która należała tylko do mnie. Z czasem odkryłem, że ta forma relaksu ma na mnie kojący wpływ, że po niej czuję się lżejszy, bardziej zrelaksowany i gotowy na kolejny dzień.
Po kilku tygodniach moja żona zauważyła, że coś się zmieniło. Powiedziała, że wróciłem do domu z uśmiechem, że przestałem narzekać na pracę, że nawet w weekendy nie myślę już o księgarni. Zapytała, co robię, a ja, nieco zawstydzony, opowiedziałem jej o swoim odkryciu. Z początku była zaskoczona, ale kiedy zobaczyła, że to nie wpływa negatywnie na nasze życie, zaakceptowała to. Czasem sama siadała obok i patrzyła, jak gram, mówiąc, że to działa na nią uspokajająco. I wtedy, podczas jednej z takich rozmów, gdy opowiadałem jej, jak to wszystko się zaczęło, użyłem nazwy, która dla mnie stała się synonimem tego nowego rytuału – powiedziałem, że to właśnie dzięki
wawada
znalazłem sposób na odzyskanie równowagi. Moja żona spojrzała na mnie i powiedziała, że cieszy się, że w końcu znalazłem coś, co daje mi radość.
Najbardziej pamiętny wieczór nadszedł, gdy po wyjątkowo ciężkim dniu, kiedy to miałem awarię w księgarni – zalało magazyn, a część książek uległa zniszczeniu – wróciłem do domu zdruzgotany. Wydawało mi się, że to koniec, że cała moja praca idzie na marne. Usiadłem w fotelu, włączyłem telefon i zanurzyłem się w grze. Po kilku minutach, w jednej z gier, które szczególnie polubiłem, trafiłem na serię szczęśliwych zdarzeń, które przyniosły mi wygraną, która była dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Ta kwota, choć niezmieniająca życia, pozwoliła mi pokryć część strat, które poniosłem w księgarni. Siedziałem w ciszy, wpatrzony w ekran, i poczułem ogromną wdzięczność – nie tylko za pieniądze, ale za to, że los, który tego dnia tak mocno mnie doświadczył, nagle się odwrócił. To było jak znak, że nawet w najgorszych chwilach warto szukać nadziei.
Kilka tygodni później, podczas spotkania z przyjaciółmi, rozmowa zeszła na temat sposobów na relaks. Opowiedziałem im swoją historię, od tego wieczoru, kiedy przypadkowo trafiłem na tę stronę, aż po ten wyjątkowy moment z wygraną. Mówiłem o tym, jak bardzo pomogło mi to w zachowaniu równowagi, o tym, że znalazłem coś, co pozwala mi oderwać się od codziennych obowiązków. W trakcie tej opowieści, naturalnie, pojawiło się słowo wawada, bo to właśnie tam wszystko się wydarzyło. Jeden z moich znajomych, który sam prowadzi mały biznes i często narzeka na stres, zapytał, czy to nie jest czasochłonne, czy nie odbiera czasu na inne rzeczy. Odpowiedziałem mu, że wręcz przeciwnie – ta gra nauczyła mnie, że czasem trzeba zrobić coś zupełnie innego, żeby na nowo docenić to, co się już ma, i że chwila relaksu może zdziałać cuda.
Dziś, gdy patrzę na swoje życie, widzę ogromną zmianę. Moja księgarnia wciąż jest dla mnie ważna, wciąż poświęcam jej wiele czasu, ale już nie czuję, że to mnie przytłacza. Nauczyłem się, że nawet w najbardziej zabieganym dniu można znaleźć moment, który należy tylko do nas, i że to nie jest egoizm, ale konieczność, żeby zachować zdrowie psychiczne. Ta gra, która zaczęła się od zwykłego kliknięcia, stała się dla mnie symbolem równowagi, przypomnieniem, że w życiu ważne są nie tylko obowiązki, ale też przyjemności. Moja żona często powtarza, że od czasu, gdy zacząłem ten rytuał, jestem bardziej uśmiechnięty i spokojniejszy. I ja sam czuję, że to prawda. Wróciła we mnie radość, której dawno nie doświadczałem, i umiejętność cieszenia się chwilą. I choć nie każdy zrozumie tę fascynację, ja wiem, że to była jedna z lepszych decyzji w moim życiu – ta, która nauczyła mnie, że czasem warto zrobić coś tylko dla siebie, bez poczucia winy, bez presji, po prostu dla czystej przyjemności.